NIECH ŻYJĄ MARZYCIELE! KILKA MYŚLI PO OBEJRZENIU „LA LA LAND”

LLL d 12 _2353.NEF

Dzisiaj wpis w trochę innej formie, jednak po obejrzeniu „La la land” miałam takie kłębowisko myśli w głowie, że postanowiłam w ramach „terapii” przelać je tutaj. Wybaczcie brak tradycyjnego porządku, ze spójnym początkiem, rozwinięciem i zakończeniem. Kilka refleksji, ale nie przedłużając po prostu zacznę i polecam wizytę w kinie z całego serca.

Banał, ale droga do spełnienia marzenia, to zdecydowanie droga pod górę. Wymagająca często wydawałoby się wręcz „nadludzkiej” cierpliwości, wytrwałości i samozaparcia. Nie chodzi o pokonanie kilku przeszkód i będzie pięknie. Zazwyczaj to długodystansowy bieg, z nieustannie rzucanymi kłodami pod nogi, bez gwarancji, że dotarcie do mety jest w ogóle możliwe. Jak bardzo trzeba być silnym, by po kolejnej z wielu nieudanych prób, nie pozwolić zabić w sobie marzeń i po każdym upadku otrzepywać kolana, ruszać dalej swoją drogą? Niewielki odsetek osób, podążających rzeczywiście za swoimi marzeniami, jest chyba najlepszą odpowiedzią, jak wielka siła to musi być.

Dlatego też, tak cholernie ważne jest posiadanie przynajmniej jednej osoby, która nie pozwoli nam odpuścić. Kiedy my będziemy chcieli rzucić wszystko w diabły i nie będziemy mieć już siły, ona powie: spróbuj jeszcze raz. I kolejny. Do skutku. Gdy trzeba będzie ujmie to dosadniej, nie zawsze w przyjemny, milutki sposób, ale wiesz, że ma Twoje plecy i nie pozwoli Ci tak po prostu zrezygnować z marzeń.

Życie składa się z chwil, które je kształtują. Nawet nie zdajemy sobie sprawy, jak pojedyncze momenty potrafią zmienić wszystko. I bardzo dobrze, że nie mamy tej świadomości, bo po co? Każda droga ma tysiące rozwidleń i nie jesteśmy w stanie przewidzieć, do jakiego punktu każda z nich nas doprowadzi. Podejmując wybory, możemy mieć tylko nadzieję, iż nie tracimy właśnie okazji na przeżycie czegoś wspaniałego.

Ale nie można mieć wszystkiego. Często trzeba coś stracić, by coś innego zyskać. Najbardziej mnie przeraża, że nigdy się nie dowiemy czy to, co tracimy jest rzeczywiście warte, tego co otrzymujemy w zamian? Jednak, takie jest życie i mimo wszystko naiwnie wierzę, że jeśli podążamy za tym wewnętrznym głosem… serca? Intuicji? Niezależnie jak go nazwiemy, sedno w tym, że słuchanie go poprowadzi nas dokładnie w to miejsce, w którym powinniśmy się znaleźć.

Marzyciele mają trudniej? Chyba tak. Jak niesamowicie proste musi być racjonalne patrzenie na wszystko dookoła, nie sięgając myślami ponad, bycie usatysfakcjonowanym codziennością, odnajdywanie bezpieczeństwa w monotonii. Brak marzeń, samo życie, to na pewno łatwiejsze.

Jednocześnie, z mojej perspektywy wydaje się to tak bardzo puste, bezpłciowe, szare…. Dlatego jakkolwiek kuszące, by się to czasem nie wydawało, nie wierzę, by ktokolwiek, kto zaznał choć iskierki tego magicznego uczucia marzycielskiej duszy, chciałby się zamienić z tymi stąpającymi twardo po ziemi.

Marzyciele częściej cierpią. Są bardziej wrażliwi, refleksyjni, sentymentalni. Więcej rozmyślają. Ich serca są poobijane. Inni tego nie rozumieją. Muszą iść na przekór wszystkiemu dookoła. Nikt nie da im gwarancji, że się uda. Nikt nie wie czy to jest „właściwy sposób na życie”, o ile coś takiego w ogóle istnieje. Jednak bycie marzycielem ubogaca. Ubogaca w tak cudowny sposób, że warto. Choć boli. Czasem bardzo. Warto.

Niech żyją marzyciele! To oni dostarczają kolorów światu. Bez nich zostałaby jedna, szara, bezkształtna papka.